Wyprawa do Zgierza
Wczorajszy dzień zapowiadał się całkiem sennie. Wstałem dość wcześnie jak na niedzielę, a nie szedłem do pracy. Było to dziwne, lecz prawdziwe. Ja człowiek, który uważa, że koniec świata jest poza granicami mojego osiedla udał się do Zgierza. Co, albo kto skłonił taką osobę jak ja, żeby wyruszyć w daleką i nieznaną podróż i to samemu. Tą osobą była Sylwia...
Wyruszyłem rano, kiedy jeszcze Łódź spała. Uzbrojony po zęby w mapy, rozkłady jazdy autobusów, oraz wydruki rozmów z komunikatora, które objaśniały mi krok po kroku jak dostać się do Zgierza udałem się w stronę przystanku autobusowego. Zbliżając się do krańca świata (ulica Maratońska), czytałem coraz mocniej mapę i uświadamiałem sobie, że Zgierz to chyba leży na innym kontynencie. Mój umysł nie był w stanie objąć tych odległości.....
Na Placu Dąbrowskiego (gdzieś u podnóża Gór Teatru Wielkiego) znalazłem wielki statek żaglowy z wymalowanym na burcie numerem 51. To był mój okręt, który miał mnie wywieść za granice Łodzi i dostarczyć do Zgierza.
W porcie dość nieśmiało podszedłem do kasy i poprosiłem o dwa bilety na ten okręt. Nie wiedzieć czemu miła pani w okienku zaproponowała mi od razu karnet, ponieważ opłaca się on jeśli ktoś jeździ do Zgierza. Chwila, moment. To moja pierwsza wyprawa... Sylwio? Czy ja o czymś nie wiem?
Wraz z biletami i mapami wsiadłem na statek i czekałem na magiczny sygnał odjazdu. Po kilku minutach pojazd ruszył. Najpierw spokojnie opuścił zatokę, a potem udał się na głębokie wody Łodzi. Pływaliśmy po różnych rzekach aż dotarliśmy do Łagiewnik. Dawno temu rodzice opowiadali mi, że na tych terenach grasują dzikie bestie zwane dzikami. Są podobno tak krwiożercze, że aż niszczą uprawy. Wolałem ich nie spotkać, dlatego na chwilkę nie patrzyłem w szybę. I to był błąd......
Na telefonie ujrzałem napis Zgierz, tablica w autobusie pokazywała bliżej mi nie znaną ulicę, na mapie jej nie miałem, a głos wydobywający się z głośników mówił same cyferki... jakieś 3034. Gdzie ja jestem? Zabłądziłem. Zjedzą mnie dziki! Spokojnie. Na statku siedzą jeszcze inni pasażerowie. Przysłucham się im, może coś wiedzą.
Gówno wiedzieli. Mama synem rozmawiała na temat ślubu Piotrka, pani Basia i pani Ewa rozmawiały coś o swoich córkach, a młoda dziewczyna w mini spódniczce słuchała odgłosów jakieś huty, czy stoczni, bo z głośników słuchawek słychać było tylko BUM, BUM, BUM. Nikt nie wiedział dokąd zmierzamy.... A jednak nie. Wiedział tylko kapitan....
Był tam. Siedział wygodnie za sterem i mimo niebieskiego ubrania wyglądał na takiego co wie co robi. Już miałem iść się go spytać - gdzie jestem - ale coś mnie powstrzymało. Był to głos młodej dziewczyny, która krzyczała coś w języku marynarzy ze wschodniego wybrzeża.
- Kur*a, odpier**l się ode mnie. Ja wysiadam na Skłodowskiej i ch*j mnie to obchodzi co Ty zrobisz. Nara.! - po czym schowała do kieszeni swojej spódniczki telefon. W sumie niewiele zrozumiałem z tej rozmowy, ale Skłodowskiej brzmiał jak wyrocznia. Tam miałem właśnie opuścić statek.
Wpatrzony katem oka w dziewczynę, czekałem momentu kiedy wysiądzie. Na każdym przystanku lekko się unosiła. Myślałem, że to już tutaj i zrywałem się do drzwi... niestety. Poprawiała tylko swoją miniówkę. Po kilku próbach wysiadła, wraz z innymi pasażerami, a ja tuż za nimi. Czułem się jak odkrywca nowej ziemi. Tubylcy rozbiegli się po ulicach, a ja stałem wpatrzony w mapę i jedyne co mi przyszło do głowy to: Kur**a... nie mam mapki ani adresu Sylwii!
Spokojnie. To nie jest duże miasto. Znajdziemy Ją. Wystarczy obmyślić plan i przeskanować całe miasto. Nie to głupie. Przecież możemy wykorzystać Moc, która nas powiedzie. I zadziałało. Poszedłem troszkę do przodu, potem w prawo i byłem na miejscu. Gdzie to jest? Nie wiem, ale jak się dowiem to zapiszę sobie, żeby sie pochwalić jak daleko dotarłem sam.
Powrót do Łodzi był prosty. Dostałem dość szczegółowe wytyczne od Sylwi - Idziesz prosto na przystanek, wsiadasz w 51 i jedziesz do końca. Wydawało mi sie to podejrzane. Zaufać Mocy czy Sylwii. Moc niestety nie działała, ponieważ ślady jakie zostawiłem zostały zasypane przez padający śnieg. Zostało mi zaufać kobiecie....
I teraz mam prośbę i pytanie. Jeżeli ktoś wie gdzie są Pabianice i jak można dotrzeć stąd do Łodzi to będę wdzięczny. Zapasy prądu w laptopie mi się kończą. Wystarczy może jeszcze na kilkadziesiąt minut... Jest zimno i ciemno. Dodatkowo czuję w powietrzu zaburzenia Mocy, które zamazują ślady mojej wędrówki. Jakby ktoś mnie szukał to jestem przy Battery Low...
07 stycznia 2008, 05:20:49
Powered by Jogger. Copyright © 2002-2003 Justin Mecham & JabberPL Group
Licencja: Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0




