Informatyk, podróżnik, fotograf

Informatyczne podejście do życia w obrazkach, kolorach i dźwiękach

Kamil Porembiński

MPK budzi strach! Katastrofalny stan łódzkiego taboru

Free Image Hosting at www.ImageShack.usŁodzianie boją się jeździć zdezelowanymi autobusami Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego. Wtorkowy pożar, do którego doszło w autobusie linii 96 na ul. Zachodniej przed ul. Próchnika, dodatkowo wzmógł obawy pasażerów.

Kierowcy i mechanicy MPK nie pozostawiają złudzeń: tabor jest zdezelowany - mówią krótko. Mają już dość ryzykowania życia swojego i pasażerów. Nie chcą jeździć po mieście autobusami, w których w każdej chwili może wystrzelić opona, urwać się silnik, koło czy eksplodować akumulator.

Rupieć na kołach - Jak zobaczyłam na zdjęciach w "Expressie", co stało się z autobusem, to zdębiałam - mówi Katarzyna Grochocka, łodzianka. - Właśnie "96" jeździ do szkoły mój syn... A gdyby tak kierowca nie zdążył wysadzić wcześniej pasażerów?

Kierowcy alarmują: - Takich wypadków będzie więcej. W autobusach nie działają hamulce ręczne, niesprawne są układy ABS - elementy bezpośrednio odpowiedzialne za bezpieczeństwo podróżnych - wyliczać mogą bez końca. Wielu odmawia wyjazdu takimi gratami na ulice.

- Gdyby drogówka skontrolowała wszystkie autobusy, które codziennie wyjeżdżają na łódzkie ulice, to w 70 procentach zatrzymałaby dowody rejestracyjne - mówią doświadczeni kierowcy. - Dlaczego funkcjonariusze tego nie robią? Przecież my nie opowiadamy bajek. Wystarczy nas zatrzymać i przeprowadzić kontrolę. Efekt niestety będzie taki, że miasto zostanie sparaliżowane przez brak pojazdów. A wszystko to skutek polityki oszczędnościowej prowadzonej przez zarząd MPK z prezesem Wąsowiczem na czele.

Od momentu kiedy w Łodzi pojawił się krakowski prezes Krzysztof Wąsowicz i jego kolega Jarosław Malec (dyrektor zarządzający), stan łódzkiego taboru z roku na rok jest coraz gorszy. Dlaczego? Bo krakowski duet, chcąc się wykazać słupkami poprawiającymi rentowność spółki, część załogi zwolnił. Inni, zamiast naprawiać autobusy i tramwaje, zostali skierowani do sprzątania przystanków i mycia wiat. Efekt jest opłakany.

- W zajezdniach pracowało kiedyś po 240 osób, dziś obsada jest o 70 proc. mniejsza - dodają kierowcy. - Zdarzają się sytuacje, że brakuje mechaników do podstawowych napraw. Chłopaki się po prostu nie wyrabiają i robią naprawy po łebkach. Na dodatek notorycznie brakuje części zamiennych. Nie ma nawet żarówek oświetlających wnętrze autobusu.

Obawy o zdrowie i życie pasażerów wcale nie są przesadzone. Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji za rządów prezesa Wąsowicza miało wiele dramatycznych wypadków. Oto przykłady:

Kwiecień 2004 roku. W jadącym ulicą Niciarnianą autobusie linii 64 wybucha akumulator. Siła eksplozji jest tak duża, że podmuch wyrzuca jedną z pasażerek w górę. Kobieta doznaje urazu kręgosłupa. Pokrywa akumulatora uderza jeszcze przechodzącego ul. Niciarnianą 14-letniego chłopca. Ranne dziecko zostaje przewiezione do szpitala.

Czerwiec 2005. Ikarus linii 70. Tu rozgrywa się kolejny dramat. Pani Monika siada w tylnej części przegubowego autobusu na tzw. kole. Pojazd trzeszczy, popiskuje, chrobocze, ale to normalne. Jednak na ul. Tatrzańskiej siedzenie pod nią wystrzeliwuje w górę! Do kobiety przyjeżdża pogotowie. Jak się później okazało, w autobusie pękła gumowa poduszka zawieszenia tylnego lewego koła i to ona wyrzuciła w powietrze siedzenie. Pani Monika przez wiele miesięcy boi się wsiadać do pojazdów MPK.

Sierpień 2005 roku. Pani Anna przechodzi przez jezdnię ul. Zielonej. Nagle na przejściu dla pieszych potyka się o wystającą szynę. Upada na asfalt, uderzając głową o nawierzchnię. Leje się krew. Przyjeżdża pogotowie ratunkowe. Kobieta z urazem głowy trafia do szpitala. W tym miejscu do dziś można zrobić sobie krzywdę, choć wówczas zapewniano, że tory zostaną zmodernizowane.

Sierpień 2005 roku. Skrzyżowanie ulic Puszkina i Rokicińskiej. 6-letni Patryk jedzie z ciocią autobusem linii 98. W pewnym momencie wybucha opona. Chłopiec zostaje poważnie ranny. Metalowy element, który wystrzelił w powietrze pod wpływem ciśnienia pękającej opony, uderza go w nogę.

I wreszcie ostatni wtorek, 28 sierpnia. Przechodnie i kierowcy przecierają oczy ze zdumienia. W autobusie linii 96 stojącym na ul. Zachodniej przed ul. Próchnika szaleje ogień. Języki sięgają kilku metrów. Interweniuje straż pożarna. Z autobusu zostają tylko zgliszcza.

Tymczasem Krzysztof Wąsowicz, prezes MPK, bagatelizuje sytuację i stwierdza, że... było jedynie dużo dymu.

- Dla prezesa liczą się pieniądze i oszczędności. Nic więcej. W wypowiedziach mydli oczy, mówiąc o badaniach technicznych, a w rzeczywistości te auta nie mają prawa przejść takiego badania - twierdzą pracownicy MPK. - Prezes nie ma szacunku ani dla pracowników, ani dla pasażerów. Ale już niedługo grunt zacznie mu się palić pod nogami. 3 września będzie trzeba uruchomić normalny rozkład jazdy. Problem w tym, że nie tylko zabraknie jeżdżących autobusów (nie używamy pojęcia sprawnych, bo takich jest zaledwie kilkanaście procent), ale również kierowców. Bo my nie będziemy narażać na niebezpieczeństwo ani siebie, ani pasażerów.

* * * * *

- Tabor jest sprawny. Robimy wszystko, by nie doszło do takiej sytuacji, aby zabrakło nam autobusów, czy kierowców - mówi Marcin Małek z łódzkiego MPK. - Do 6 sierpnia przyjęliśmy 87 osób. Dla porównania można podać, że poprzednich latach przyjmowaliśmy po 50 osób w ciągu całego roku.

Tomasz Jabłoński  -  Express Ilustrowany

ikonka 31 sierpnia 2007, 07:44:26

Komentarze

splash, 31 sierpnia 2007, 09:42:24

Wybuchowe autobusy :D A u nas w gorzowie jeżdżą stare jelcze ale takich jaj nie odwalają :D

Clou, 31 sierpnia 2007, 11:09:27

wina zarządzających miastem. W poznaniu się da, to i w łodzi tez.

Komentować mogą jedynie zalogowani
Składnia Textile Lite jest włączona.

Powered by Jogger. Copyright © 2002-2003 Justin Mecham & JabberPL Group

Licencja: Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0